sobota, 10 stycznia 2015


Weekendowo...

Są takie dni,że najlepszym sposobem na ich spędzenie jest zagrzebianie się pod kocem, z dobrą książką I kotem :-) pod ręką. I dziś jest właśnie taki dzień.
Ostatnia noc obfitowała w anomalie pogodowe, bo o ile porywisty halny staje się powoli normą, to burza w styczniu zdecydowanie od tej normy odbiega. Nic jednak straconego – pomimo słotnej aury znajdzie się i czas dla konia jak i na małe co nieco. Jeśli celebrować weekend to z przytupem.
Standardowo już sobotnie poranki to nie tylko siedzenie przy stole z herbatą z miodem, ale także pichcenie meszu dla araba. Mesz się “kisi” kilka godzin w garnku i nabiera mocy urzędowej. Za to jak smakuje – to może powiedzieć tylko arab, który wylizuje miskę do czysta. 



Jak widać na zdjęciu strzygi poradziły sobie także z warkoczykami ;-/

Podstawowy składnik meszu to otręby oraz mielone siemię lniane. Ja dodaję do niego także algi morskie, słonecznik, marchew lub jabłko. Wbrew pozorom nie jest to czasochłonne, a mam pewność,że wszystkie składniki są świeże i w pełni wartościowe. Tej pewności już niestety nie mam w przypadku “kupnych”pasz, które dodatkowo zawierają bardzo często GMO ( bo gdzieś te produkty trzeba upychać ) I są po prostu drogie. 
Żywienie koni to w ogóle temat na niejedną rozprawę magisterską ( ba, nawet doktorską ).
W dawnych, zamierzchłych czasach gdy borykałam się z problemem wiecznie chudego konia, inwestowałam w energetyczne pasze, olej lniany, słonecznik, jęczmień etc. Na dobrą sprawę wystarczyło zmienić stajnię na taką, w której rzeczywiście zapewniano dobrą opiekę i stały dostęp do siana. Koń zmienił się nie do poznania i taki stan utrzymuje się od wielu lat. Staram się jednak nie przekarmiać, w sezonie pastwiskowym ucinam paszę treściwą - ale dostęp do siana jest cały rok, więc o ile arab ma chęć to zawsze i w każdej chwili siano czeka w paśniku. Nie oszczędzam na jednej rzeczy - i są to dodatki mineralne. Witaminkom dla koni ( i nie tylko ) mówię stanowcze nie.
Powód ? Zachęcam do obejrzenia :-)


video


Sama kiedyś namiętnie kupowałam witaminy, leczyłam przeziębienie 1000mg dawkami wit C. 
Z teraźniejszej perspektywy widzę,że ... no naiwna byłam, ale i młoda więc te grzechy młodości są daleko za mną. Dlatego z wszelkimi nowinkami dla koni, psów, kotów jestem na bakier. Wolę zainwestować w parę jabłek i zabrać araba na popas na podgórskie łąki, które są "bożą apteczką" pełną ziół niż faszerować go chemią. 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz