niedziela, 28 września 2014

Dzień z życia araba IV

Zaczęła się najlepsza pod słońcem pora roku - ulubiona baby :-) - jesień.
Arab już zaczyna porastać zimowym futrem i intensywnie zbiera zapasy na zimę. Dziś nic z tego -  arab opuszcza żerowisko aby wraz z babą udać sie na spacer. Oprócz błękitnego nieba, nic nam więcej nie potrzeba - dzisiejszy dzień jest wyjątkowy więc łapiemy chwilę i korzystamy ze słoneczka.
Jazda "na sprzączkę", czyli arab węszy, szuka czegoś jadalnego lub koniożernego wśród listowia, a baba pilnuje tempa i tego,żeby arab się zbytnio nie potykał o własne nogi.
Okoliczności natury sprzymierzyły się ostatnio, aby uniemożliwić babie sensowniejszą jazdę.
 Jest mokro - a na Podbeskidziu deszcze potrafią zmienić leśne ścieżki w górskie potoki, a łąki w bagna.
Ech, jakże zadzroszczę tym co na nizinach, tych piaszczystych traktów leśnych, tych łąk po horyzont...ale z drugiej strony - takie trasy jak u nas to tylko w Beskidach ;-]

Taki dzień i takie okoliczności przyrody.


Zmiany juz widać - brzozy w  złotej szacie.


                                Beskidy przed nami:-)



Niektóre ścieżki całkiem, całkiem...


Ale większość wygląda tak...Arab jako koń pustynny, nie lubi jak ma mokro pod kopytkami, ale trzeba czasami sie poświęcić ;-)




Aby nacieszyć oczy takimi widokami


Baba baaardzo lubi ścieżki w lesie. Przejezdne czy nie, dostarczają wielu wrażeń. Arab - bezapelacyjnie koń terenowy, radzi sobie w każdych warunkach i dzielnie nosi babę przez chaszcze, wykroty, trzęsawiska.
Ale to co najlepsze - to chill out na pastwisku ;-] .


A baba bierze przykład z araba i chill out-uje w kuchni :-)




 Właśnie sie piecze, ciasto z gruszkami ;-]
Pyszne zakończenie cudownego dnia.











niedziela, 21 września 2014



Jak to z końmi było ?

Ano, wciąż jest to niekończąca się historia - i mam nadzieję,że nie będę musiała nigdy postawić kropki w tej opowieści.
Zaczęło się od..... dziadka, którego fakt faktem nigdy nie poznałam. Mój dziadek od strony matki był koniuszym.
 Zawsze go podejrzewałam o wpływ na moje życie, bo krew nie woda i ktoś mi musiał "sprzedać" koniarstwo w genach, a że moja rodzina z tych "konioodpornych" :-) to chcąc niechcąc padło na dziadka.
Gdy miałam 6 lat, ojciec woził mnie na oprowadzanki do Straconki, gdzie mieścił się wtenczas tętniący życiem Klub Jeździecki "Hubertus".
Hubertus działał wiele lat i "wychował" wielu dobrych jeźdźców, którzy po latach wciąż wspominają ten czas z łezką w oku. 
Jako dzieciaczek absolutnie uwielbiałam konika Garbuska – i była to najczęściej wypożyczana książka z biblioteki ever, oraz pasjami rysowałam koniki.
 Jako podrostek zaledwie 12-letni obowiązkowo zaliczyłam szkółkę jeździecką.
 Szkółka jeździecka to była totalna porażka - przyznam,ze niewiele brakowało, abym straciła całkiem zapał do koni. 
Na zdj szkółka jeździecka i ja na hucule.




Po latach wiem,że sam wybór ośrodka szkoleniowego był dużym błędem, bo konie rekreacyjne w tej stajni nie miały możliwości padokowania i były jak znarowione bomby z opóźnionym zapłonem. 
Każda jazda była traumą, ale z drugiej strony - co nas nie zabije to nas wzmocni
 :-), nauczyłam się,że koń potrafi być niebezpieczny, choć była to trudna lekcja.
 Przeżyłam, bez większych strat na ciele, za to w psychice miałam wielką dziurę i zaczęłam się bać koni. 
Ale krew nie woda...i postanowiłam spróbować raz jeszcze.. Wróciłam na Hubertusowskie oprowadzanki i wpadł mi w oko folblut System. Przyznam, że wybrałam tego konia, bo był ...mniejszy :-) niż pozostałe i coś zaskoczyło między nami. 
Mogę powiedzieć po latach,że System mnie systematycznie utwierdzał w przekonaniu,że jeździectwo to wspaniały sport i nie chce robić nic innego.
Zdj. ja na Systemie



Trzeba pamiętać,że lata 90-te to był dość szczególny okres. 
Jazda konna nie była czymś powszechnym , ale ogromnym przywilejem.
 Jako nastka nie miałam za bardzo szans ze względów finansowych na częste praktykowanie jeździectwa. Mój kontakt z końmi ograniczał się do wakacyjnych półkolonii w siodle oraz niedzielnych przejażdżek, co jednak nie umniejsza wartości tych bezcennych chwil.
Będąc studentką otrzymałam niezwykłą możliwość od losu, aby jeździć konno w zamian za pomoc w stajni. Wtedy już wpadłam jak śliwka w kompot i “wkręciłam” się w jeździeckie życie.
Wspólne wyprawy w teren, całodzienne rajdy zakończone pieczeniem kiełbasek przy ognisku … ech, tym żyłam dobrych kilka lat.
Zdj. ja terenowo na dzierżawionym Elbrusie





Międzyczasie dzierżawiłam różne konie, a wakacje spędzałam w nadmorskiej miejscowości Łukęcin, gdzie w zamian za pracę przy koniach miałam możliwość jazdy i doskonaliłam umiejętności jeździeckie.

Zdj Łukęcin, ja z prawej.


I przede wszystkim….miałam aspiracje na więcej.
Dlatego też ukończyłam kurs instruktorski w Zbrosławicach, który zaowocował przyjaźniami na całe życie.
Cudowny czas, cudowni ludzie, piękne wspomnienia.
Po zdobyciu uprawnień spełniłam swoje kolejne marzenie – wyjechałam nad ukochane morze pracować jako instruktorka, gdzie zresztą wracałam regularnie przez kilka lat.
Ten czas ukształtował osobę, którą jestem obecnie, więc mogę powiedzieć,że konie pokazały mi drogę i popchnęły moje życie na odpowiednie tory.

Zdj ja z Rajdem, ukochanym koniem z Rewala


zdj  na plaży



Od czasów moich nadmorskich wojaży do zakupu araba, minęło jeszcze kilka lat. Ale...zawsze wiedziałam,że tylko arab wchodzi w rachubę :-)
Jeszcze w czasach, gdy wierzyłam w Mikołaja i dziadka Mroza tak się dziwnie składało,że Mikołaj przynosił mi zawsze książki o arabach, a jeśli już była to encyklopedia o rasach koni to potraficie sobie wyobrazić, które strony były najczęściej palcowane i zdarte od częstego przewracania ;-].
Mając n-kolejnych lat na karku, wcale a wcale nie czuję,że wiem więcej niż ta nastoletnia dziewczyna. Mam wciąż aspiracje na więcej i głęboką świadomość dłuugiej nauki.
Myślę,że to jest fenomen tego sportu. Człowiek całe życie dąży do doskonałości, harmonii i perfekcji. 
I całe życie ma jakiś cel na horyzoncie,dlatego nigdy nie można powiedzieć sobie dość i osiąść na laurach.

sobota, 20 września 2014

Okład z kota ;-]

Skoro było o psach to czas na koty.

Absolutnie uwielbiam mas-kotki. Nasze kociambry są już z nami dobre naście lat i obecnie nie wyobrażam sobie domu bez kota. Trafiły do nas przypadkiem i choć koty miały być typowymi kotami na myszy, życie po raz wtóry zweryfikowało plany także nasze kocice niepodzielnie rządzą w domu, pilnując domowego ogniska i nas – swoich poddanych :-)



Fascynujace jest,ze dzikie koty nie miauczą. Te niezwykle inteligentne stworzenia potrafią stworzyć niezwykle skomplikowany język pełen miauknięć o różnej tonacji aby ...porozumieć się z człowiekiem. Wierzcie mi lub nie, ale ja doskonale rozumiem swojego kota. One także rozumieją nasza mowę na tyle,ze udomowiony kociak potrafi rewelacyjnie wytresować swojego pana. No coś w tym jest :-). 
Pamiętajcie,że to ogromny przywilej jesli kot chce z wami “gadać “ :-)
Czy obecnośc kota w domu jest wskazana ?
Jak najbardziej.
 Wciąż wiele tajemnic skrywają nasi bracia mniejsi, ale pozytywne skutki felinoterapii są naukowo udowodnione.



Koty emitują podczas mruczenia ultradżwieki, które przyśpieszają powrót do zdrowia.
Poza tym kot na kolanach wpływ na obniżenie ciśnienia, cholesterolu i trójglicerydów we krwi, a co za tym idzie - redukuje ryzyko chorób układu krwionośnego.
Koty działaja przeciwbólowo, gdyż wyczuwają bolesne miejsca na ciele i układają się na nich. Sierść kota jest najonizowana ujemnie, a chore miejsca dodatnio. Kładąc się na bolących miejscach, kot neutralizuje szkodliwe jony, a mruczenie o zakresie 20-140 Hz regeneruje tkanki.


Co ciekawe kot to nie tylko wspaniały przyjaciel, ale także swoisty lek, który :
 - pomaga leczyć depresję i nadciśnienie
- obniża o 40% ryzyko zawału
- pomaga w regeneracji I leczeniu kości, więzadeł oraz mięsni
- działa leczniczo na infekcje ( innymi słowy “wyciaga” z nas chorobę )
- podnosi poziom endorfin – hormonów szczęścia .
Innymi słowy, kot w domu zastępuje apteczkę, lekarza i rehabilitanta w jednej osobie.
Jestem ogromnym przeciwnikiem podziałów -co lepsze, pies czy kot, bo te czworonogi są po prostu skrajnie inne. W  Egipcie czczono te zwierzęta,a w wielu kulturach kot jest symbolem szczęścia, co mnie wcale a wcale nie dziwi, bo kot z cała pewnością wnosi do domu radość, sprawiając,że śmiejemy się 100 razy częściej, chorujemy rzadziej i żyjemy dłużej.







piątek, 19 września 2014

Bliskie spotkania I stopnia.

Dzisiejszy piątkowy dzień przyniósł porządną dawkę pozytywnej...psiej energii :-)
Miałam ogromną przyjemność poznać cudownych, zwierzolubnych ludzi i ich niezwykłe psy - rodezjany. Rhodesian ridgeback to wyjątkowa rasa pod każdym względem.
 Są to psy owiane nimbem legendy,od wieków wykorzystywane do polowań na lwy  w dalekiej Afryce. Ich zadanie polegało na osaczeniu zwierzyny. 



 Cechą charakterystyczną Rhodesianów jest grot strzały na plecach, gdzie włosy rosną w odwrotnym kierunku dając ciekawy, wizualny efekt. Miałam okazję pogłaskać i wymiziać więc potwierdzam, że włosy na grzbiecie rosną “pod prąd” :-)


Szperając w internecie znalazłam informację,że to psy-cienie, które pilnują swojego człowieka nawet w .......... ubikacji. To także dało się zauważyć podczas mojej wizyty. Psy nie spuszczały z oka ( dosłownie) swojego opiekuna.

Rodezjan jest nie tyle majestatyczny - ale to chodzący majestat, niezwykle przyjacielski i baaaardzo wymagający ( czy tylko ja widzę analogię do..araba :-). 
Co jest absolutnie urocze to ich niezwykle bogata mimika pyska. Można powiedzieć,że z rodezjanowej “twarzy” można czytać jak z otwartej księgi.

 Co mnie niezwykle zaskoczyło na wejściu to fakt,że Rodek tak ni stąd ni zowąd wyskakuje w powietrze na 1.5 metra. Przyznam, jak żyje nie widziałm takiego “kangura”...ale myśle,że ma to swoje głębokie korzenie. Rodezjany miały za zadanie powalić potencjalną ofiarę, z impetem uderzając ją w bok. Są przy tym tak zwinne i gibkie ...że potrafię sobie bez trudu wyobrazić je w akcji.


Wikipedia informuje,że … Najstarsze ślady Rhodesian prowadzą do pierwotnych psów afrykańskich plemion Khoi-Khoi (Hotentotów). Były to plemiona myśliwych i pasterzy, które ok. 500 r..n.e..rozpoczęły wędrówkę z północnych krańców kontynentu afrykańskiego na południe, w stronę Przylądka Dobrej Nadziei. Tam, w XV wieku, po raz pierwszy zetknęły się z Europejczykamiportugalskimi żeglarzami i poszukiwaczami przygód, których statki zawijały w te strony. Z tego okresu pochodzą pierwsze niejasne wzmianki o „afrykańskim psie z pręgą na grzbiecie”. Biali misjonarze i osadnicy, którzy dotarli do Przylądka dwieście lat później, już nieco dokładniej opisują psy gończe Hotentotów, które miały odznaczać się „wielką odwagą i wyjątkową brzydotą”.
Co do brzydoty to się nie zgodzę, choćby nie wiem co - Rhodesian z pewnością łapie za oko i za serce.


W Polsce mało znana rasa więc tym bardziej się cieszę,że miałam okazję poznać "kochanych wariatów" i wypić herbatkę w przemiłym towarzystwie :-)




czwartek, 18 września 2014

Dzień z życia araba III.

Arab był dzisiaj brany w obroty na ujeżdżalni. Baba się uparła,że arab powinien wraz z babą reprezentować przyzwoity poziom jeździectwa i męczy araba tak jak to baba ma w zwyczaju. Baba chyba nie słyszała powiedzenia ...” baba z siodła, koniowi lżej..”, no, ale arab się stara jak umie i baba sie stara jak umie, więc jest nadzieja,że im to jeździectwo zacznie ( i bynajmniej nie bokiem ;-). wychodzić.
Pani trener póki co nie musi pić melisy przed naszymi treningami – a to już dobrze wróży na przyszłość :-).
Skoro już o arabach mowa, to ja – baba od araba spróbuje sprostać wyzwaniu i napisać jakie te araby naprawdę są.

Szczególnie sporo mitów narosło na temat arabskiego temperamentu. 
Ja nie wiem skąd takie opinie, bo mój zwierz ma temperament pokojowego pieska, ale zawsze możemy założyć,że to wyjątek od reguły.
 Z mojego punktu widzenia araby są : wrazliwe i człowiekolubne – do tego stopnia,że arabowi trzeba poświęcić czas i nie na odczepne, godzinka raz w tygodniu, ale najlepiej wpisać araba w codzienny grafik. 
Jeśli ktoś szuka – na “raz w tygodniu”, niech rozważy inną rasę, bo unieszczęśliwi zarówno siebie jak i konia. Arab to koń myślący, taki arab sapiens. Nie sugeruję broń Boże,że inne konie nie myślą,ale można mieć pewność,że arab wszystko widzi I nad wszystkim musi sie zastanowić. Przyznam szczerze, kiedyś mi to przeszkadzało, dziś wiem,że trzeba dać arabowi czas na przetrawienie rzeczywistości. Te konie w relacjach z ludźmi nigdy nie będą niewolnikami, ale partnerami. Wydaje mi się,że pakowanie arabów do jednego worka wraz z innymi końmi daje taki efekt,że “robi” się je na szybko, z założeniem,że koń ma chodzić, koń ma umieć i nie pyskować. Stąd pewnie wyobrażenie znerwicowanego konia, który jest trudny do opanowania. Mój arab mnie znalazł jak miał zaledwie 3 lata, więc wszystko co włożyłam do jego głowy – powoli :-), procentuje z nawiązką. Żeby nie było tak sielankowo – wciąż się uczymy. Gdziekolwiek dotrę i w jakimkolwiek miejscu się znajdę mam jednak 100% pewność,że arab to koń pewny, bezpieczny, oddany. 
Czy sa jakieś minusy w posiadaniu araba...hmm ? Tak :-)
Znalezienie odpowiedniego siodła graniczy z cudem i kosztuje sporo zachodu. 
W Stanach Zjednoczonych, gdzie araby są powszechnie użytkowane- nawet w rekreacji, istnieje masa firm, która specjalizuje się w jednym - produkcji siodeł na arabskie grzbiety.
Polskie realia są jakie są, więc arabiarz ma tak naprawdę jedno wyjście, albo szukać i dopasowywać metodą prób i błędów, albo ściągać pasowacza, który podejmie się tego karkołomnego zadania i siodło dopasuje wg ścisłych wytycznych. Ci co araby mają, wiedzą o czym pisze, a ci co nie mają - to pożyją dłużej bez zmartwień :-)
Jakby nie było - arab to świetny koń do jazdy kantarkowo-oklepowej więc zawsze można ... inaczej ;-)











środa, 17 września 2014

Dzień z życia araba II.

Dzis arab spędził cudowny dzień. Najwięcej uwagi poświęcał na ćwiczenia rozluźniająco - rozciągające, bo to bardzo pomaga w szukaniu czegoś na ząb :-). Tak więc arab rozkosznie grzał się w słoneczku, buszując w trawach,aż do chwili pojawienia się baby. Baba przyjechała później niz zwykle i zaproponowała "wypad"na zachód słońca. Arab był odrobinkę spceptyczny - co jak sie okazało miało swoje podstawy, ale nie chciał zawieść baby i poza tym...ktoś musi babę ostrzegać przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Nie, arab zdecydowanie nie puści baby samej.
Najpierw spacer w ręku i na "9"tej koledzy ze stajni

Dziś baba wymyśliła krótką trasę, ale idziemy w góry widoczne na horyzoncie. Będzie ciężko heh....

Najpierw przedzieramy się przez las.

A następnie wychodzimy na podgórskie łąki. Tu można pogalopować jupi !!

Baba wciagnęła araba do wody.

A arab wypatrzył w lesie człowieka. Ostrzegł babę i baba, jak to ma w zwyczaju, zamiast uciekać musiała zagadać.Jest kompletnie irracjonalna, prawda ?
Koniec tego dobrego, słońca nie było - arab to wiedział od początku. Możemy wracac do stajni.

Arab jest szczęśliwy w swoim "domku"

O pokazał babie co myśli o jej pomysłach :-)











wtorek, 16 września 2014

Dlaczego Polacy nie czytają książek ?
Nie mam pojęcia, ale z pewnościa podbijam statystyczną średnią. I są takie książki, które towarzyszą mi w życiu krok w krok, a ja mam zawsze odrobinę nadziei,że każda następna, którą biorę do ręki okaże się tą absolutnie wyjatkową – książką towarzyszem.
Zachęcam do podzielenia się Waszymi TOP Najlepszymi Książkami Ever. Mój TOP przedstawia się następująco ( i nie muszę dodawać,że to absolutnie trzeba przeczytać – i az wam zazdroszczę tej przygody:-)
Mam kilku guru...ale mistrz słowa jest tylko jeden – Pat Conroy. Długo wahałam się,zanim sięgnęłam po jego bestseller, bo sam tytuł “Książę przypływów”kojarzył mi sie z tanim romansem. Nic bardziej mylnego. Ten autor pisze w tak głęboki, sugestywny I piękny sposób,że nie jestem w stanie – nie żyć prozą Pata Conroya.

Mam nadzieję,że John Steinbeck nie obraził się za jego zdyskwalifikowanie do drugiej pozycji. Jeśli ktoś nie zna dzieł tego uznanego pisarza, nagrodzonego nagroda Pulitzera – to marsz do biblioteki. Wymienię tylko kilka tytułów, które was rozłożą na łopatki, wrzuszą I nie dadzą spać. “Grona gniewu”, “Myszy I ludzie”, “Na wschód od Edenu”.

Książka dynamit – to,że zarwiecie noc, to pewne, bo Mario Puzo i “Ojciec Chrzestny” to niegrzeczni chłopcy. Film nie sprostał legendzie, więc kto oglądał film niech nie ma złudzeń,że wie o co chodzi w książce...bo nie ma :-). Świetne towarzystwo na dłuuugi wieczór.

Do tej pory pamiętam jak żywo opis.....jajeczka z Limmerick. Frank McCourt I jego “Popiół I żar” to wspaniałe powieść o dzieciństwie syna irlandzkich emigrantów. To powieść autobiograficzna więc mocno osadzona w realiach.

Innym rodzajem autobiografii– jakże przejmującym I mrocznym zarazem jest cykl powieści Sołżenicyna “Archipelag Gułag”. O Sołżenicynie dowiedziałam się z wiadomości, w dzień jego śmierci. Ta chwila była wręcz wiekopomna, bo w ciągu zaledwie kilku dni wiedziałam dokładnie dlaczego książki tego autora były zakazane w Rosji i dlaczego Sołżenicyna objęto banicją. Zróbcie na złość Putinowi – przeczytajcie !



Martina Edena” Jacka Londona czytałam będąc jeszcze nastolatką. Byłam pod wielkim wrażeniem determinacji i hartu ducha głównego bohatera.Wierzcie mi, ta historia zostaje w pamięci na zawsze.

Skoro już sięgam pamięcią do nastoletnich lat to nie może zabraknąć sióstr Bronte. Wichrowe Wzgórza czy Jane Eyre to jedne z najpiękniejszych powieści o ludzkich namiętnościach, miłości i nienawiści. Warto przeczytać, jeśli nie ze względu na klimat to przynajmniej dla Heathcliffa ;-)

Zabić drozda” Nelle Harper Lee to kolejna amerykańska klasyka. Niech za reklamę służy fakt,że książka otrzymała nagrodę Pulitzera.


Nie mogę pominąć w mojej TOP liście takich arcydzieł jak “Sto lat samotności “ Marqueza, “Wielkiego Gatsbyego” F.S.Fitzgeralda czy “Mistrza I Małgorzaty”Bułhakowa.
To klasa sama w sobie i nie wymaga nadmiernej reklamy :-)

Przez długi czas do literatury fantasy podchodziłam jak ...pies do jeża. Fakt faktem, przeczytałam “Władcę pierścieni”, ale po dziś dzień uważam,że ekranizacja była lepsza niż książka. Moje stanowisko zmieniło się gdy wpadła mi w ręce – całkiem przypadkiem “Achaja” Andrzeja Ziemiańskiego.

 Od tamtej pory dość regularnie “poluję” na perełki tego gatunku i polecam ogromnie “Imię wiatru” Patricka Rothfussa. Ta książka wciąga w świat magii i niezwykle pięknie rysuje obraz świata,który choć stworzony w głowie autora,nawiązuje do średniowiecznych dziejów.
Takich perełek z pewnością jest więcej – tylko czekają na moje odkrycie :-)

Literatura babska – to także musowa pozycja w księgozbiorze “baby”. Takie książki czyta się – a raczej degustuje jak najlepszą szarlotkę z karmelem. Może nie uderzają formą, ale są świetnym czasoumilaczem :-)
Diana Gabaldon “Obca”

Powiem tylko 3 słowa : Szkocja, wrzosowiska, namiętna miłość. Ta ksiązkę sie nie czyta, ale wciąga jak świeży haust powietrza.
Willliam Dietrich “Mur Hadriana” W.Dietrich jest historykiem więc jego powieści sa mocno zakorzenione w realiach, które opisuje. “Mur Hadriana” wrzuciłam do babskiego worka, bo to pięknie opisana historia miłosna. A od czasów tej ksiązki z przyjemnościa sięgam po powieści osadzone w czasach Imperium Rzymskiego.

Powieść historyczno-fantastyczna godna uwagi to “Lwy z Al Rassanu”Guy Gavriel Kay'a.
Ech... zniewalająca jak drogocenne olejki z bliskiego Wschodu. Wspaniała przygoda i niesamowita historia, opisana tak,że żal jest odwracać ostatnią kartkę, wiedząc,że to koniec historii. 


Medicus” Noah Gordona został zekranizowany w 2013 roku. Nie oglądajcie filmu !
Książka – dynamit. Film jest przyjemną namiastką książki, ale dość ubogą w stosunku do oryginału. Ogromnie polecam inne tytuły tego autora – są to jedne z lepszych książek jakie wam wpadną w ręce – a mówie to ja, nałogowy czytacz :-) dzieł wszelakich. Pozwolę sobie zacytować jedna z recenzji :
...Istnieją książki, które potrafią zaczarować od pierwszych stron i mają w sobie to „coś”, co sprawia, że nawet po skończonej lekturze nie można przestać o nich myśleć. Jedną z nich jest bez wątpienia „Medicus” autorstwa amerykańskiego pisarza Noah Gordona, który przenosi czytelnika nie tylko do średniowiecznej Europy, ale przede wszystkim na bajeczny Bliski Wschód....”

Tych książek ważnych i ważniejszych było znacznie więcej. W tym poście – czołówka .
Kochani, podnośmy razem rankingi czytelnicze!
Co polecacie ?